Drożdżówki z serkiem i śliwką



Biorę w tym roku jesień garściami, z całym jej deszczem, mgłami, słońcem, żółtymi liśćmi i wiatrem, który potrafi wykończyć nawet najbardziej wytrzymałe parasole i przestawić w ciągu jednego wieczoru trzykrotnie bazylię na balkonie. Jesień o wiele częściej smakuje w tym roku jabłkami, a z testowanego i odkrywanego na nowo piekarnika wyjeżdżają przeróżne eksperymenty wśród których przeważają rzeczy drożdżowo-cynamonowe. To pierwsza jesień w nowym miejscu, więc codziennie coś się zmienia (a biorąc pod uwagę dzień wczorajszy, to nawet nie tylko za oknem). 


Jesień jest takim czasem pośrednim, kiedy teoretycznie nadal wszystkiego jest dużo, ale większość owoców jest jakby z podobnej paczki i po tym letnim bogactwie pozostało już tylko tęskne wspomnienie. I po dzisiejszym rozeznaniu stwierdzam, że można znaleźć po dziesięć rodzajów wszystkiego: jabłek, śliwek, pigw czy nawet bananów (pamiętacie czasy, kiedy banan był po prostu żółtym bumerangiem? not anymore, moi drodzy); nie zmienia to jednak faktu, że nadal do wyboru mamy jabłko albo jabłko, ewentualnie jabłko. Bezczelnie przyznaję, że biorąc pod uwagę tegoroczną słabość do jabłkowych wypieków, wcale mi to nie przeszkadza.



W kwestii jabłek i śliwek ograniczam się do ich pieczonej formy - i stąd właśnie te drożdżówki.

Drożdżówki z serkiem i śliwkami

(na podstawie: mojewypieki)
Ciasto:
1 jajko
2 żółtka
4 łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli
16g świeżych drożdży
3 szklanki mąki pszennej
80g roztopionego masła
1 szklanka letniego mleka
Drożdże rozkruszyć w letnim mleku, dodać łyżkę cukru i pięć łyżek mąki, delikatnie zamieszać. Rozczyn zostawić do wyrośnięcia na ok. 10 minut, kiedy zacznie rosnąć - dodać resztę przesianej mąki, żółtka, jajko, ostudzone masło, resztą cukru i szczyptę soli. Wyrobić gładkie, elastyczne ciasto - raczej nie podsypywać mąką, na początku może się kleić, ale im dłużej będziecie je zagniatać, tym bardziej zacznie odstawać od ręki. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny.
W międzyczasie przygotować nadzienie: kostkę serka twarogowego (250g) rozgnieść widelcem i wymieszać z dwoma łyżkami cukru pudru (i ewentualnie dwoma łyżeczkami cukru wanilinowego). Śliwki umyć, pokroić w plastry.



Po podwojeniu objętości ciasto zagnieść ponownie i podzielić na 12 równych części. Każdą z części ciasta lekko rozwałkować, delikatnie rozciągnąć na kształt owalu i posmarować nadzieniem z sera. Na wierzchu ułożyć owoce - te bułki są jeszcze posypane kruszonką. Bułki piec przez około 20-25 minut w temperaturze 190 stopni Celsjusza (tym do całkowitego upieczenia potrzebne było ok. 35 minut, z podniesieniem temperatury do 210 na ostatnie 10 minut).


Krem paprykowo-dyniowy

Zupy-kremy są jesienią bezkonkurencyjne; głównie dlatego, że robią się praktycznie same. Jakkolwiek bym nie lubiła tego jesienno-zimowego sezonu, każda minuta popołudnia, kiedy nie jest jeszcze całkowicie ciemno, jest teraz na wagę złota. Zupy-kremy rozwiązują problem obiadu na co najmniej dwa dni i są wyjątkowo rozgrzewające, a poza tym stanowią doskonały pretekst do zjedzenia nieprzyzwoitych ilości maślanych grzanek.

Krem dyniowy
łyżka oliwy  
1 dojrzały pomidor
3 średnie ziemniaki
ok. 500 g obranej dyni  
350 ml bulionu (drobiowego lub warzywnego, można użyć również np. bulionu Krakus)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa do smaku 
Obrane dynię i ziemniaki pokroić w grube plastry, ułożyć na blaszce, skropić oliwą i posypać solą. Piec do miękkości w 180 stopniach (dynia może upiec się szybciej - lepiej ją wtedy zdjąć). Zagotować ok. 250 ml bulionu, dodać upieczone warzywa i obranego ze skórki pomidora pokrojonego w kostkę. Zblendować, w razie potrzeby dolać jeszcze bulionu do osiągnięcia kremowej konsystencji. Opcjonalnie zetrzeć gałkę muszkatołową.

 Krem paprykowy
350 ml bulionu
3 duże papryki
2 dojrzałe pomidory
1/2 cebuli posiekanej w kostkę 
1 zmiażdżony ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz do smaku
Na patelni podsmażyć na oliwie ząbek czosnku i cebulę. Zeszklić, następnie dodać umytą i pokrojoną w grube paski paprykę. Na patelnię dorzucić pokrojone w kostkę pomidory i dusić przez ok. 20 minut, następnie dolać bulionu - można, podobnie jak przy dyniowej, najpierw dodać ok. szklankę płynu. Trzymać na ogniu jeszcze przez ok. 10 minut, następnie potraktować blenderem i ewentualnie dolać resztę bulionu. 

Na grzanki każdy ma chyba swój sposób, ja jakiś czas temu wypraktykowałam metodę, dzięki której grzanki się nie przypalają, ale są chrupiące - chleb lub bułki pokrojone w kostkę wrzucam do naczynia żaroodpornego i spryskuję roztopionym masłem. Piekę w 180 stopniach przez ok. 15 minut.


Gotuj z Krakusem #smacznie i szybko!

Wielkie pieniądze i wielki sport - dwie świetne książki na jesienne wieczory


Sierpień i wrzesień upłynęły mi dość leniwie, ale tylko pod względem lektur – tak naprawdę dopiero teraz udaje mi się trochę odetchnąć, a i wtedy ciężko jest mi znaleźć poza porankami chociaż chwilę, by poczytać. I chociaż na przestrzeni tych dwóch miesięcy udało mi się przeczytać jedynie dwie książki, obydwie w pełni zasługują na to, by poświęcić im dłuższą chwilę skupienia.

            Najpierw książka dość wymagająca i złożona; na początku lipca obejrzałam jeden z lepszych filmów zobaczonych w tym roku, Wielki Szort. Film był zrealizowany naprawdę dobrze, o czym świadczy też zresztą liczba nominacji i przyznanych mu nagród, ale pewne detale ze świata finansów dla mnie pozostały niejasne (nawet przy wysiłkach Anthony’ego Bourdaina czy Margot Robbie). Stąd pomysł, by sięgnąć po książkę poruszającą tematykę dla mnie równie odległą co fizyka kwantowa – i chęć zrozumienia całego tego mechanizmu. Sama lektura historii przedstawionej przez Michaela Lewisa do tego jednak nie wystarcza. To doskonały przewodnik po podstawach, który z każdą stroną staje się jednak coraz bardziej hermatyczny i wymaga od czytelnika coraz większej eksploracji branżowych pojęć na własną rękę. Wielokrotnie posiłkowałam się podczas jej lektury dodatkowymi źródłami, nie jest to zatem książka do przeczytania w podróży, nieuważnie czy w „międzyczasie”. Wymaga pełnej uwagi i dokładnego śledzenia faktów, bo dokładnie tak, jak w opisywanym w niej świecie wielkiego pieniądza – jedno przymknięcie oka może sprawić, że umknie nam kluczowy szczegół. Warstwa literacka też nie zawodzi, bo suche fakty są tu przedstawione w sposób intrygujący i zachęcający do dalszej lektury. Bez wyszukania dodatkowych informacji i włożenia pewnego wysiłku w zapoznanie się z tekstem może jednak w pewnym momencie znudzić; nim czytelnik zdąży się zorientować, często jest już zagubiony w gąszczu specjalistycznych terminów. Myślę, że to obowiązkowa pozycja dla osób zainteresowanych problematyką i przyczynami kryzysu finansowego z 2008 roku – ale też psychologią, rzeczywistością na Wall Street i samym epicentrum wstrząsu, którego reperkusje zasadniczo nadal odbijają się rykoszetem po świecie. Dobrym uzupełnieniem literackiej i filmowej wersji historii jest 99 Homes z Andrewem Garfieldem, doskonale ukazujący rzeczywistość wielu amerykańskich rodzin po krytycznym, kryzysowym momencie.

            Sięgnęłam też ponownie po „Open” Andre Agassiego, tym razem z intencją skończenia książki. Autobiografie sportowców, niezależnie od dyscypliny, często bywają dość toporne, głównie ubierając w lakoniczne słowa ogólny chronologiczny zapis ich kariery. Agassi popełnił tę książkę będąc już na sportowej emeryturze, może nieco dystansując się od zawodu, ukazując w niesamowity sposób zarówno jego piękno, jak i brzydotę – w sposób niezwykle sprawny literacko. I chociaż na moje świadome śledzenie tenisowych zmagań przypadły już schyłkowe lata tego zawodnika określanego śmiało mianem GOAT (greatest of all time), Agassi stał się tzw. household name znanym przez wszystkich - zarówno osoby śledzące wiernie tenis, jak i nie mające o nim zielonego pojęcia. Wynikało to nie z osiągnięć Andre na korcie, ale z jego kontrowersyjnych wyborów fryzjersko-stylistycznych (dla mediów równie istotnych, jeśli nie ważniejszych od turniejowych sukcesów) czy niepokornego zachowania. Autobiografia rzuca całkowicie nowe światło na jego postępowanie i z bezlitosną szczerością obnaża wady i niedostatki leżące u podstaw katastrof. Życiorys tenisisty jest doskonałym przykładem na to, że każdy sukces to kropla talentu i wiadro potu. W przypadku Agassiego jest to jeszcze garść nienawiści i szczypta samozniszczenia, co doskonale podkreślano w książce nawracającym dialogiem:
- I hate tennis.
- No, you don’t.
- Yes, I actually do.
W 2009 nie czytałam recenzji towarzyszących wydaniu książki, ale spodziewam się jak wielkim zaskoczeniem musiało być napotkanie już na samym początku opowieści tego zdania: „I play tennis for a living even though I hate tennis, hate it with a dark and secret passion and always have." Agassi nadaje swojej autobiografii coś, co pozwala jej lśnić na tle pozostałych książek tego typu – ludzki pierwiastek. Mówi wprost, bez moralizatorskich barokowych epitetów, o swoich błędach, potknięciach, agresji, lękach i bólu. Otwiera przed czytelnikami głowę tenisisty samotnie zmagającego się na korcie z własnymi niedostatkami i jeszcze z przeciwnikiem po drugiej stronie siatki. Z całego tego bólu i wieloletnich zmagań wyłania się też portret osoby niezwykle wrażliwej, bezgranicznie oddanej osobom, które ceni, skromnej, piekielnie inteligentnej i stale poszukującej w zaaranżowanym przez innych życiu samego siebie. Jeśli macie kilka godzin, by poświęcić je Andre i kilkuset napisanym przez niego stronom – ta książka na to zasługuje. To wspaniała autobiografia nietuzinkowej postaci; jedna z niewielu, po które naprawdę warto sięgnąć.

            Z tych dwóch książek autobiografia wygrywa z prostego powodu: pozwala każdemu na odnalezienie w triumfach i upadkach wielkiej postaci światowego tenisa ziemnego samego siebie. W sposób niezwykle przystępny ukazuje, że (nad)ludzie o ponadprzeciętnych zdolnościach walczą na korcie/scenie/boisku głównie z samymi sobą - a przeciwnik po prostu nadaje tym zmaganiom pewien cel. To niezwykle dobra książka przede wszystkim o człowieku i ludzkim psyche, a dopiero w drugiej kolejności o sportowcu.

Jesienna kasza gryczana z warzywami, zapiekana w sosie


Powoli (albo i nie tak powoli) nadciąga ten sezon, kiedy jest się permanentnie zmarzniętym. Albo ma się chociaż lodowate dłonie. Albo stopy. Albo jedno i drugie. Niespecjalnie mnie to martwi, bo to po prostu jeden powód więcej, żeby zawinąć się w szal / ponczo / koc i dolać do herbaty nieprzyzwoitą ilość soku malinowego; z jakiegoś powodu jesień od pięciu lat co roku cieszy mnie coraz bardziej, pomimo deszczu i wiatru. Jesień przede wszystkim pachnie cynamonem, prażonymi jabłkami, miodem z cytryną i orzechami w cukrowych skorupkach. To sezon gęstych warzywnych kremów z grzankami, zawiesistych sosów i wszystkiego, co rozgrzewa od środka. Moda na kaszę gryczaną dotarła do mnie po dobrych kilku latach od jej szczytu popularności - i to właśnie to, całkiem nowe (bo dosłownie sprzed kilku dni) odkrycie przedstawiam dzisiaj - w tej nieziemsko rozgrzewającej formie.


Zaczynamy od przygotowania kurczaka, w czym zbyt wielkiej filozofii nie ma - do tego dania (które w zupełności wystarczy dla trzech osób) wykorzystałam podwójny filet, podzielony na mniejsze części. Wystarczy doprawić go ulubionymi przyprawami - w moim przypadku solą, pieprzem, słodką/ostrą papryką i skropić olejem roślinnym (wykorzystałam rzepakowy). Kurczaka grilluję przez ok. 15-20 minut - będzie się jeszcze przez chwilę podpiekał z gotową kaszą.


Jesienna kasza gryczana z warzywami, zapiekana w ciemnym sosie Łowicz
700 g pieczarek
2 duże pietruszki
3 średnie marchewki
zielona część małego pora
200 g kaszy gryczanej prażonej
1 słoiczek ciemnego sosu uniwersalnego Łowicz
ok. 400-600 ml wody (do podlewania w czasie pieczenia)
przyprawy: sól, pieprz, dowolne przyprawy według upodobania

Warzywa umyć, obrać, pokroić - pieczarki najlepiej w grube plastry (mniejsze na ćwiartki), marchewkę i pietruszkę w kostkę, pora w grube paski. Na patelni rozgrzać ok. trzy łyżki oleju rzepakowego, podsmażyć warzywa przyprawione solą i pieprzem, dusić je przez ok. 15 minut. Część pieczarek odłożyć do ułożenia na kurczaku (można ten etap pominąć). Następnie dosypać kaszę, wymieszać, zalać ok. 200 ml wody. Dodać sos, wymieszać, przełożyć do naczynia żaroodpornego. Całość jest gotowa po 40-45 minutach w temperaturze 180 stopni, ale co ok. 15 minut dolewamy stopniowo wody - tak, aby zapobiec przywieraniu. Na 10 minut przed końcem pieczenia na wierzchu układamy kurczaka i pieczarki, zapiekamy (można podnieść temperaturę do ok. 200 stopni).



Jeden sos, wiele dań. Odkryj kulinarne możliwości takie, że Łooo!

Kosmiczny tort z prażonym kokosem i gorzką czekoladą


Przepis na ten tort obiecywałam wrzucić jeszcze zimą - a tymczasem stało się jakoś tak, że nadeszło w międzyczasie lato, a potem jesień. Tort jest jednak kosmicznie fenomenalny, więc nie zasługuje na to, by jeszcze dłużej się nim egoistycznie nie podzielić. Co roku sama wymyślam sobie tort i w jeden z moich okołourodzinowych weekendów (co zwykle składa się także z celebracją ubierania bożonarodzeniowego drzewka) pieczemy go razem z Mamą. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych wypieków zawsze jest czekoladowy biszkopt i puszysta masa z gorzkiej czekolady; różne są tylko dodatki, które też - nie ukrywajmy - zimą są raczej ograniczone.W tym roku wymyśliłam sobie kokos, co jest o tyle zaskakujące, że z kokosem mam historię podobną do kawy: zapach uwielbiam, smak niekoniecznie. Bywają tygodnie, że mogłabym kokosowe słodycze jeść codziennie, potem równie dobrze asortyment na bazie tego orzecha mógłby dla mnie nie istnieć. W grudniu akurat akcje kokosa zwyżkowały, dlatego wymogi były dwa: podjąć próbę wykonania drip cake, a do tego upchnąć w torcie prażone wiórki kokosowe.Plan został zrealizowany w 100%, a jego fantastycznym efektem dzielę się poniżej.  


Bazą są biszkopty - jasny i czekoladowy - oraz masa z gorzkiej czekolady.
biszkopt czekoladowy
5 jajek
1 szklanka cukru
2 łyżeczki gorzkiego kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 budynie czekoladowe bez cukru
Budyń wsypać do szklanki, dodać kakao, szklankę dopełnić mąką pszenną. Jajka rozdzielić, żółtka wymieszać z proszkiem do pieczenia i odstawić. Białka ubić na sztywno z odrobiną soli, następnie dodać cukier. Do ubitej piany z białek dodać spulchnione żółtka i przesiane suche składniki ze szklanki. Delikatnie wymieszać, wlać do tortownicy (d=26 cm), wykładając jedynie dno papierem do pieczenia (boków nie smarujemy tłuszczem ani nie osypujemy bułką tartą). Piec ok. 20 minut, następnie zrzucić z wysokości kolan na złożony koc ułożony na podłodze. Ostudzony biszkopt przekroić na pół.
biszkopt jasny
4 jajka
1/2 szklanki mąki
1 szklanka cukru pudru
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki (lub więcej) ostudzonych, uprażonych wiórków kokosowych

Na suchej patelni uprażyć na rumiany kolor wiórki (w całym przepisie wykorzystamy ich ok. 100-150 g, w zależności od waszych preferencji. Najlepiej zrobić to za jednym zamachem). Ostudzić. Żółtka z proszkiem do pieczenia połączyć w miseczce do wyrośnięcia. Białka ubić z cukrem pudrem. Wyrośnięte żółtka (powinny przypominać piankę) dodać do białek. Następnie dodać przesiane mąki i delikatnie wymieszać. Biszkopt wlać do okrągłej tortownicy (jak wyżej - dno wyłożone papierem do pieczenia, boki suche) i piec przez ok. 20-25 minut. Powtórzyć manewr z rzucaniem, zostawić do ostygnięcia. Nie przecinać.


masa z gorzkiej czekolady
75g masła
75g cukru pudru
225g śmietanki 36%
225g gorzkiej czekolady
Połamaną czekoladę, śmietankę, masło i cukier umieścić w rondelku, na małym ogniu rozpuścić i zagotować, stale mieszając by się nie przypaliła. Gdy masa zacznie bulgotać należy ją odstawić i pozostawić na całą noc (nie chować do lodówki). Kolejnego dnia jedynie zmiksować przed przełożeniem, nie dodając już żadnych dodatkowych składników.
kokosowa masa grysikowa
100g masła
500ml mleka
1/2 szklanki cukru
16g cukru wanilinowego
5 czubatych łyżek kaszy manny
100-150g uprażonych wiórków kokosowych

Mleko z cukrem i cukrem wanilinowym zagotować, następnie stopniowo wsypywać kaszę mannę. Gotować do zgęstnienia, dodać pokrojone w kostkę masło i wmieszać je w masę. Na końcu dodać wiórki kokosowe i odstawić do przestygnięcia - blaty najlepiej przekłada się letnią, ale nie kompletnie wystudzoną masą.

Bułeczki do hamburgerów

Po raz pierwszy upiekłam te bułki gdzieś w okolicach 2009-2010 roku - co świadczy o tym, że jeśli udało mi się to tych kilka lat temu, to powinno udać się każdemu. Dopiero zaczynałam przygodę z pieczeniem, większość kwestii technicznych związanych z wypiekiem chleba była dla mnie czarną magią, a jedyną rzeczą, a drożdże instant dopiero zaczynały podbijać rynek, skutkiem czego ich upolowanie gdziekolwiek kończyło się wrzucaniem do koszyka nieprzyzwoitych ilości saszetek. Za to w kwestii drożdżowego pieczywa, które nie jest chlebem, te bułki są dla mnie od tego momentu numerem jeden. Upiekłam je też rok temu jako jedną z pierwszych rzeczy, do których wróciłam po bardzo długiej podróży - tak, jak powraca się do miejsc bezpiecznych i kojących. Nie ma w tym ani słowa przesady, bo to właśnie wtedy wiele się przewartościowało i właśnie od tych bułek gdzieś znów zatęskniłam za wypiekami, kuchnią, a przede wszystkim - za blogiem. Bułki za to można wyrabiać na kolanie i pozostawić do wyrośnięcia na nieprzyzwoicie długo, a i tak z piekarnika wyciągniecie puszyste, mleczne, miękkie bułeczki (a przynajmniej tak działa to u mnie). Teoretycznie to bułeczki hamburgerowe, ale dzięki dodatkowi mleka w proszku świetnie sprawdzają się też jako dodatek do dżemów, maseł orzechowych, kremów czekoladowych, konfitur, kawy i kakao. 
Bułeczki hamburgerowe (za Liską)
1 jajko
3/4 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki cukru
3/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka drożdży instant
2,5 szklanki mąki pszennej
1/3 szklanki mleka w proszku 
2 łyżki roztopionego i ostudzonego masła
Wodę, mleko, masło i cukier wymieszać w misce. Dodać drożdże i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki oraz sól, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto, stopniowo dodając resztę mąki. Ja nie zawsze dodaję całość mąki - im jest jej więcej, tym mniej puszyste są bułeczki po upieczeniu. Ciasto przełożyć do miseczki, przykryć suchą ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8-10 równych części, uformować je w kulkę i delikatnie spłaszczyć. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, ponownie zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Przed upieczeniem posmarować żółtkiem rozkłóconym z łyżką mleka. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 200°C na ok. 13-15 minut, aż nabiorą złotego koloru. 

O wielkich podróżach w głąb Europy i własnej duszy - "Droga do Ciebie"

            Podróż po Europie wydaje się być wielu Amerykanom szalenie atrakcyjna – i trudno im się w zasadzie dziwić. Po pięciu godzinach jazdy samochodem na Starym Kontynencie można zwiedzić trzy kraje; jadąc przez Teksas, po pięciu godzinach nadal jest się gdzieś w Teksasie, może nieco bliżej granicy. Tuż po ukończeniu college’u Heather Mulgrew planuje zatem, i to z nadzwyczajną starannością, wymarzoną podróż po Europie. Jedyną rzeczą, której nie udaje jej się uwzględnić, jest szansa poznania kogoś niezwykłego – i taką właśnie osobą jest Jack. I choć początkowe rozdziały raczej nie wróżą czytelnikowi, że zapała sympatią do obsesyjnie porządnej Heather i nadmiernie wyluzowanego Jacka, z każdą stroną, gdzieś między wersami, trudno oprzeć się pokusie przywiązania do całej podróżującej paczki.   

            Każda strona tej książki pełna jest niezwykłych zdarzeń, zbiegów okoliczności, emocji i porywów najbardziej kontrastowych uczuć. Trudno się zatem nudzić podczas tej szalonej podróży, zwłaszcza gdy zaledwie kilku przedstawionych bohaterów pozwala na tak różne postrzeganie tej samej podróży. Chwilami jednak miałam wrażenie, że dzieje się aż za dużo wszystkiego – zwłaszcza, gdy w grę wchodzą nastoletnie fantazje o pocałunkach w świetle księżyca, paryskich balkonikach i wielkiej miłości. Powieść jest jednak dobrze wyważona wątkami całkiem poważnymi, skłaniającymi do refleksji i dorzucającymi nieco dziegciu do tej wszechobecnej szczęśliwości; to też dobrze ukazane studium dojrzewania, które nie zawsze musi objawiać się przejściem z tego bardziej beztroskiego końca spektrum w to odpowiedzialne. „Droga do Ciebie” to tak naprawdę opowieść bardzo uniwersalna, o poszukiwaniu drugiej połówki, ale też odnajdywaniu w tych poszukiwaniach ukrytych ścieżek do przedziwnych zakątków własnej duszy.



            
       Powieści drogi w kulturze amerykańskiej cieszą się nadzwyczajną popularnością, nic dziwnego zatem, że autor tak chętnie osadził wątki swoich bohaterów właśnie w realiach pociągowo-podróżniczych. Dla mnie jednym z najciekawszych punktów ich podróży był oczywiście Kraków – trudno, żeby było inaczej, kiedy już od dłuższego czasu tutaj mieszkam. Miasto było jednak opisane dość pobieżnie, a zaraz po lekturze najlepiej pamiętałam fakt, że spośród wszystkich możliwych jadalnych rzeczy związanych z Krakowem, autor postanowił poczęstować swoich bohaterów kiełbaskami z frytkami (jedynym uzasadnieniem tego wyboru byłby fakt, że były to Kiełbaski z Niebieskiej Nyski – w przeciwnym razie skłaniam się ku stwierdzeniu, że chyba miał on na myśli currywurst). Skojarzenia związane z Polską są bardzo stereotypowe – wuj w Chicago, wódka Żubrówka (z przedziwną teorią, że jest zrobiona z anielskich łez; nie jestem koneserem alkoholi wysokoprocentowych, ale o istotach niebiańskich maczających ręce w destylacji słyszałam po raz pierwszy), Wieliczka; to z kolei nasuwa mi mało optymistyczny wniosek, że autor w Krakowie nigdy nie był, a większość podawanych informacji miała charakter typowo przewodnikowy. Najbardziej jednak rozbawiła mnie Heather pytaniem „skąd też Jack wie o kopalni w Wieliczce” – zwłaszcza, że podobno w drodze do Polski zaczytywała się w przewodniku Lonely Planet ;).
            Chwilami trudno się oprzeć pokusie, że kolejne miejsca na mapie są tylko bladym tłem dla bogatych przeżyć wewnętrznych bohaterów i ładnym plenerem, w którego okolicznościach mogą tonąć wzajemnie w swoich oczach. Warstwa lekkich zdarzeń skrywa jednak uniwersalne prawdy o pokonywaniu własnych słabości, poddawaniu swoich wyborów ponownej ocenie i zbaczaniu z utartych ścieżek. Dlatego nawet jeśli chwilami męczył mnie ocean miłości Heather – to doskonała powieść na podróż, a jeszcze lepsza, by kogoś w tę podróż wysłać. Przynajmniej ja po odłożeniu jej na półkę miałam przemożną chęć spakowania plecaka i wyruszenia w dal. I chyba właśnie o to chodzi...