Kruche ciasteczka z jabłkami - "całuski"

Powoli zbliżamy się do ostatniej przedświątecznej prostej. Prezenty wybrane? Jeszcze w drodze? A może jesteście jednymi z tych kamikadze, którzy planują ruszyć na tour de prezenty w sobotę, 23 grudnia? Wydaje mi się, że po osiągnięciu pewnego wieku na Święta może i czeka się przez cały rok, ale w całym tym chaosie ledwo zauważa się pojawienie choinek w galeriach handlowych (zawsze za wcześnie!), jarmarku świątecznego na większym placu każdego dużego miasta (zawsze za tłoczno i trochę trąci kiczem) i w końcu - świątecznego drzewa we własnym domu. Święta pojawiają się w tym wszystkim tak bardzo bez zapowiedzi, że rejestruje się je na kilka dni przed Wigilią. Wtedy z kolei każdy rozsądny człowiek powinien mieć już wszystko starannie zaplanowane. 
Prawda jest jednak taka, że nawet przy najszczerszych chęciach ten dwudziesty czwarty pojawia się zaskakująco szybko, niedopakowane prezenty nadal leżą ukryte przed wzrokiem obdarowywanych, a przy wszystkich działaniach kulinarnych okazuje się, że do skompletowania ciasta koniecznych jest kilka wycieczek do sklepu. Święta wymagają odpowiedniej oprawy, a moda na minimalizm nie dotarła jeszcze między półki sklepów spożywczych (zwłaszcza w okresie okołoświątecznym); po Świętach z kolei na jakiś czas ma się taaaki przesyt serników i ciast z kremem (chociaż ja przesytu orzechowcem nie odnotowałam, a jego obecność na świątecznym stole jest w moim przypadku równie pewna, co fakt istnienia podatków). Najlepsze na przesyt są te ciastka - bo są lekkie, puszyste, a poza tym są w nich jabłka, co jakby sprawia, że są po prostu zdrowe.
Całuski - kruche ciasteczka z jabłkami
2 żółtka
kostka margaryny
500 g mąki pszennej
1,5 łyżki śmietany (18%)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
500 g umytych, obranych jabłek pokrojonych na ósemki
Mąkę wysypać na blat, dodać posiekaną margarynę, żółtka, śmietanę, proszek do pieczenia i szczyptę soli. Zagnieść ciasto - co ważne, nie będzie raczej gładkie i bez podsypywania mąką ciężko je będzie rozwałkować. Gotowe ciasto rozwałkowujemy i wycinamy kółka; na połowie układamy cząstkę jabłka obtoczoną w gruboziarnistym cukrze (ew. cukrze wymieszanym z cynamonem) i składamy na pół. Brzegi można skleić przy rogach. Gotowe ciastka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia; po ok. 15-20 minutach w 180 stopniach Celsjusza powinny być złote. Po upieczeniu oprószyć cukrem pudrem.

 

Zimowy, korzenny sernik z pastą Speculoos (bez pieczenia)


Do słodkich past i kremów chyba nie da się mieć stosunku ambiwalentnego. Albo się je kocha, albo nienawidzi, czy to za nadmierną słodycz, czy listę składników. Ja jestem z frakcji tych, którzy zawsze mają w lodówce otwarty co najmniej jeden słoik takiego smarowidła, a na podorędziu (zwłaszcza na kuchennym blacie w okolicach krawędzi zlewu lub herbacianego kubka) łyżeczkę do szybkiego spożycia dawki terapeutycznej na wypadek obniżenia humoru lub braku kreatywnych pomysłów. Takie kremy są dla mnie nieodłącznym elementem jesienno-zimowych wieczorów - albo dni takich jak dzisiejszy, kiedy mam wrażenie, że Słońce po prostu zaspało i stwierdziwszy jak jest już późno, w ogóle darowało sobie wstawanie. Od wyjadania przeróżnych past i kremów łyżeczką, na croissancie, między puszystymi pancake'ami albo w naleśnikach, jeszcze lepsze jest chyba tylko kombinowanie co można z nimi upiec. Albo nie upiec, bo w tym roku mam za sobą też epizod mieszkań bez piekarnika, co łącznie złożyło się na jakieś dwa-trzy miesiące (bardzo smutne trzy miesiące bez pieczonych ziemniaków) takiego kombinowania. Nie ma przy tym cieście zatem ryzyka, że cokolwiek się nie uda, nie wyrośnie, nie zetnie się, przypali albo zamieni w kamień. To idealny przepis, żeby na nadchodzące Święta przy niewielkim wysiłku sprawić sobie pyszne ciasto.
Sernik z pastą Speculoos
na podstawie: Jane's Patisserie (z moimi zmianami)

Kruchy spód:
 120g stopionego masła
250-300g herbatników Speculoos (lub ciastek korzennych)
Herbatniki zmiel w blenderze na pył lub wrzuć je do woreczka strunowego i zmiażdż za pomocą wałka do ciasta. Wymieszaj w misce z roztopionym, przestudzonym masłem. Dno tortownicy (ja wykorzystałam małą, o średnicy 18 cm) wyłóż folią aluminiową - jeśli chcecie przechowywać sernik w formie, najlepiej jest też wyłożyć boki. Masę przełóż do tortownicy, ugnieć łyżeczką, odstaw na ok. pół godziny, by stężała.
Masa sernikowa
100 g cukru pudru
300 ml śmietanki 30%
180g pasty Speculoos
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
500g serka kremowego (użyłam serka z Wielunia - jest najlepszy)
Przy pomocy miksera połącz serek kremowy, cukier puder, ekstrakt i pastę Speculoos. Osobno ubijamy śmietankę - jeśli zależy Wam na tym, żeby sernik się na pewno trzymał, możecie dodać też jakiś usztywniacz w proszku. Delikatnie połącz ubitą śmietanę z masą serową, wyłóż na spód, wygładź powierzchnię i wstaw na co najmniej kilka godzin (a najlepiej na całą noc) do lodówki. 
Kwestia udekorowania wierzchu zależy już tylko od Was. Ja wybrałam po prostu pokruszone Speculoosy i uwierzcie, temu sernikowi nie potrzeba niczego więcej. Jeśli nie macie piekarnika, za to macie obawy względem swoich możliwości cukierniczych - to jest ciasto, od którego możecie śmiało zaczynać swoje wyczyny.


Misterne konstrukcje słów - "Exodus"


By spojrzeć prawdzie w oczy, trzeba przyznać wprost: nie mamy w polskim dorobku literackim zbyt wielu powieści drogi. Nie mamy czegoś tak kultowego, jak powieści Jacka Kerouaca, nie ma w nas jednak tej wrodzonej mentalności nomady, który chętnie pozostawia rzeczy dobrze mu znane na rzecz przygody. Łukasz Orbitowski wychodzi powieścią Exodus z cienia Innej Duszy - i jest to wyjście całkiem śmiałe. W pewnym sensie brutalne i bardzo realistyczne, obnażające najbrzydsze aspekty najniższych instynktów człowieka. W pewnym jednak niezwykle delikatne, pozwalające odkryć uczucia i troskę ukryte między słowami. Niewiele jest powieści, w której tak mocno pisze się o emocjach i stracie używając pozornie nieznaczących elementów codzienności.
            Jana, głównego bohatera powieści, poznajemy w chwili porzucenia dotychczasowej tożsamości. Niewiele tak naprawdę o nim wiemy aż do ostatniego zdania, bo przeszło czterysta stron tej powieści to drobiazgi, które składają się na pełny obraz tej złożonej, doświadczonej i poruszającej postaci. Wątki prowadzące do obecnej sytuacji bohatera przeplatają się z jego bieżącą ucieczką, wzajemnie się uzupełniając. Dzięki tym drobiazgom wyraźnie zarysowują się nie tylko postaci pierwszoplanowe, ale też dość liczne grono osób przewijających się w mniej lub bardziej istotnym stopniu w życiu bohatera – również tych, które pojawiają się w nim jak bumerang, siejąc spustoszenie. Choć to przez doświadczenia Janka poznajemy całą tę historię, najważniejszą postacią jest w niej jego syn. To on wzbudza pełne spektrum skrajnych uczuć u Jana, to on stanowi centralną oś zdarzenia zmieniającego radykalnie życie ojca. 

            Wędrujemy z Janem przez pulsujący barwami i dźwiękami Berlin; zatłoczony obóz dla uchodźców; śnieżne, mroczne zaułki Lublany; w końcu docieramy między rozgrzane, białe skały greckiej wyspy. Nie jest to powieść tchnąca optymizmem i napawająca nadzieją w stosunku do gatunku ludzkiego. Obnaża to, co w ludziach najgorsze, eksponując bezlitośnie realizację najczarniejszego z możliwych scenariuszy. Podążamy przez najmroczniejsze zakamarki zarówno miast, jak i ludzkiej duszy.
             Trudna to książka, tylko pozornie będąca powieścią drogi. Dzieje się tu wiele, trudno jest zrozumieć postępowanie praktycznie wszystkich bohaterów, nawet jeśli pierwotnie pogmatwane wątki splatają się, wyjaśniając wiele i pozostawiając pewne historie zawieszone i niedopowiedziane. Przede wszystkim jednak, w perspektywie globalnej, to piękna powieść o miłości rodzicielskiej. Takiej, która może nie pojawia się z dnia na dzień, ale każdego dnia, sumą drobnych czynności i słów, wzrasta do czegoś nieziemskiego. Dla mnie w prozie Łukasza Orbitowskiego niezwykłe jest jedno – ma wyjątkowy talent do wyłuskiwania z codzienności tych jej wszystkich elementów, które pozwalają nam potem spoglądać na pewne okresy życia z nostalgią (podobną zresztą do tej towarzyszącej nam podczas nurzania się we wspomnieniach dotyczących lat dziewięćdziesiątych). Ta książka jest pełna nawiązań kulturowych, technologicznych, wplecionych w historię praktycznie niezauważalnie, tworzących swoistą warstwę wizualno-dźwiękową do historii opowiedzianej słowami. I to jest w niej absolutnie najlepsze.
To, co najważniejsze - przynajmniej dla mnie - odkrywa się w tej książce dopiero po jej zamknięciu. To nie jest książka o jednym zdarzeniu, które ma potencjał całkowitej zmiany ludzkiego życia. To opowieść o tym, co dzieje się później. Kiedy przychodzą kwestie małe, trywialne, kiedy przychodzi podjąć decyzję o tym, jak się podnieść.

Gęsta, rozgrzewająca jarzynowa zupa-krem

Przez tyle lat prowadzenia tego bloga udało mi się systematycznie unikać zdradzenia jednego fundamentalnego braku mojego kulinarnego repertuaru: absolutnej niemocy w zakresie przygotowywania zup. Na pewnym poziomie mogło to wynikać z faktu, że w dzieciństwie zupy zdecydowanie nie były moją ulubioną częścią obiadu; na pewnym również z tego, że podejmując różne kulinarne eksperymenty zupy zajmowały na mojej liście do zrobienia zaszczytne ostatnie miejsca. Nie bez przyczyny mówi się jednak, że ostatni będą pierwszymi – w tym roku zupy awansowały do ścisłej trójki moich ulubionych obiadowych dań. I wygląda na to, że zostaną tam na dłużej.
Tajemne arkana sztuki przygotowania rosołu odkryłam dopiero na studiach. Skróty do idealnej zupy-kremu wydeptałam sobie dopiero w ubiegłym roku. O wigilijnej grzybowej, która w rodzinie ma status potrawy wręcz legendarnej, chyba nie mam nawet odwagi poważnie myśleć. Mówiąc całkiem poważnie – podstawą praktycznie każdej zupy jest bulion.
Dla mnie notowania każdego bulionu wzrastają o stokroć, kiedy głównie opiera się on na warzywach. Bywają takie dni, kiedy w mieszkaniu zastaje nas dwudziesta pierwsza, a po całym dniu krojenie marchwi w kostkę sprawia, że prędzej już położymy się spać głodni. Krakus udostępnił mi świetny produkt – koncentrat bulionu warzywnego, a ja – z powodu wzmożonego zapotrzebowania na kremowe, rozgrzewające zupy oraz podwyższonego współczynnika ww. dni – chętnie przystałam na propozycję jego wypróbowania. Skład na butelce jest więcej niż zachęcający (zwłaszcza, gdy w perspektywie ma się TAKĄ oszczędność czasu), a po otwarciu wyczuwalny jest delikatny, choć intensywnie warzywny zapach esencji.
Tegoroczną złotą jesień mamy już chyba raczej za sobą – wieczory są coraz dłuższe, deszczowych dni jest coraz więcej, a promieni słonecznych docierających do naszego zakątka planety proporcjonalnie mniej. Dlatego do mojego jesiennego zestawu ratunkowego, poza wielkim szalem i rękawiczkami, w tym roku dołączają rozgrzewające zupy. Dziś jeden z moich ulubionych rozgrzewających wariantów jarzynowej, czyli efekt dodania jeszcze większej ilości warzyw… do warzyw. 

Jesienna zupa jarzynowa (proporcje na 3 duże porcje)
2 ziemniaki
200 g brukselki
1 duża marchewka
ok. 150 g zielonej fasolki
kilka piór z zielonej części pora
ok. 250 g różyczek brokułu i kalafiora
oraz:
300 ml koncentratu bulionu warzywnego Krakus
ok. 900 ml wody
pieprz ziarnisty, ziele angielskie i gałka muszkatołowa
Do gorącej wody wlewamy bulion warzywny Krakus. W czasie, gdy zagotowuje się woda, przygotowujemy warzywa; marchewkę i ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w dużą kostkę. Brukselkę myjemy, zdejmujemy w razie potrzeby wierzchnie listki. Zieloną fasolkę – mrożoną zimą, świeżą latem – najlepiej jest przepłukać i odłożyć chwilowo na bok. Brokuły i kalafiora podzielić na mniejsze części, por umyć i pokroić w podłużne pasy.
Ziemniaki, marchewkę, brokuły, kalafiora i por dodajemy do bulionu, dodajemy ziele angielskie i kilka ziarenek pieprzu. Koncentrat bulionu od Krakusa jest rewelacyjnie doprawiony (ja lubię bardzo intensywne wywary, dlatego dla mnie był idealny pod względem dodatku soli). Gotujemy pod przykryciem do momentu, gdy warzywa staną się półtwarde (ok. 15-20 minut), a następnie dodajemy zieloną fasolkę. Gotujemy do miękkości (ok. 25-30 minut). Przed zmiksowaniem odlewamy ok. pół szklanki bulionu, co pozwoli nam na uzyskanie idealnej, kremowej konsystencji; możemy też wyjąć część warzyw, by przełamać gładkość zupy. Blendujemy na krem, dolewając ewentualnie bulionu. Gotową zupę przelewamy na talerze lub do miseczek, posypując po wierzchu świeżo otartą gałką muszkatołową. Zupa najlepiej smakuje wciąż gorąca, podawana ze świeżym pieczywem lub opieczonymi, maślanymi grzankami.




Przepis powstał we współpracy z marką Krakus, której dziękuję za udostępnienie produktu.